W "Rockstar" Dolly Parton śmiało zamienia swoje korzenie country na rock 'n' roll, współpracując z ikonami jak Sting, Steve Perry, Elton John, Lizzo i Beatlesi Paul McCartney i Ringo Starr. Ten 30-utworowy mix oryginałów i coverów pokazuje jej wszechstronność, jednak ostrożnie unika pełnego objęcia surowego ducha rocka, odzwierciedlając szacunek hołdu bardziej niż transformację definiującą gatunek.

Możemy otrzymać część sprzedaży, jeśli kupisz produkt za pośrednictwem linku w tym artykule.
W "Rockstar" Dolly Parton śmiało zamienia swoje korzenie country na rock 'n' roll, współpracując z ikonami jak Sting, Steve Perry, Elton John, Lizzo i Beatlesi Paul McCartney i Ringo Starr. Ten 30-utworowy mix oryginałów i coverów pokazuje jej wszechstronność, jednak ostrożnie unika pełnego objęcia surowego ducha rocka, odzwierciedlając szacunek hołdu bardziej niż transformację definiującą gatunek.

W "Rockstar" Dolly Parton śmiało zamienia swoje korzenie country na rock 'n' roll, współpracując z ikonami jak Sting, Steve Perry, Elton John, Lizzo i Beatlesi Paul McCartney i Ringo Starr. Ten 30-utworowy mix oryginałów i coverów pokazuje jej wszechstronność, jednak ostrożnie unika pełnego objęcia surowego ducha rocka, odzwierciedlając szacunek hołdu bardziej niż transformację definiującą gatunek.

Wydana publicznie 17 listopada, "Rockstar" Dolly Parton to znaczący moment, w którym kultowa ikona, sympatycznie znana jako 'Backwoods Barbie', zamienia swoją gitarę akustyczną na elektryczną. Ta ambitna podróż przez skały i szczyty rock 'n' roll pokazuje nieustanną determinację Parton, by wyzwalać się i wkraczać w nowe dziedziny. Z połączeniem dziewięciu oryginałów i aż 21 coverów, "Rockstar" to hołd złożony przez Parton jej uwielbieniu i szacunkowi dla gatunku, pomimo że jego wykonanie często pozostawia więcej do życzenia, niż się spodziewano.
Album rozpoczyna się energicznie z tytułowym "Rockstar,", gdzie Parton ogłasza swój status z energią, która mogłaby zapalić stadiony. Z riffami gitarowymi i elektryzującym rytmem, jest oczekiwanie rockowego pomp i showmanship, ale pomimo catchowych tekstów, które sugerują jej wznoszenie ("I'm on a roll, I'm on a streak, life's a song and I’m on beat"), jest echo oczekiwania na brudniejszy podtekst, który nigdy nie jest w pełni spełniony.
W "Every Breath You Take,", jej współpracy ze Stingiem w jego ikonicznej piosence, jest wyraźnie widoczna możliwość kreatywnej reinterpretacji. Niemniej, ta wersja pozostaje w granicach komfortu, bardziej podobna do znajomej piosenki duetowej niż do wędrówki w ekscytujące nowe terytorium. "Open Arms", ukochana ballada Journey, jest wykonywana obok Steve'a Perry'ego, a chociaż potencjał duszy poruszającej między potężnymi wokalami Perry'ego a delikatną skargą Parton jest ogromna, występ wydaje się powściągliwy, nie rozprzestrzeniając się w pełni w emocjonalny wybuch, który cechował oryginał.
Kiedy Parton współpracuje z Eltonem Johnem w "Don’t Let The Sun Go Down on Me", jest podskórny potencjał, który jest dotknięty, lecz nie w pełni odkryty. Piosenka ma swoje chwile blasku, z wokalami obu ikon, które splatają się w wielkim stylu, ale partnerstwo mogłoby wykopać głębiej w bardziej poruszającą reinterpretację poruszającej ballady.
Ambitna okładka "Stairway to Heaven," Led Zeppelin, z niekonwencjonalnym połączeniem z Lizzo i Sasha Flute, jest tak kuszący na papierze, jak i w wykonaniu, chociaż bez przekształcającego uderzenia, które mogłoby oznaczać szczyt odważnej kreatywności albumu. Nie ma żadnych wątpliwości co do talentu i czystej wokalnej mocy na wystawie, ale jest odczuwalna niechęć do pełnego uwolnienia się i zanurzenia w otchłań, którą rock często wzywa.
Wśród jej oryginalnych kompozycji, "World on Fire" konfrontuje się z społeczną obojętnością z pilnością, która jest cechą rocka, jednak muzycznie pozostaje letnie, gdzie można by oczekiwać bardziej ognistego wykonania. Z rockiem jako dumnym, głośnym outcastem gatunków muzycznych, powściągliwy podejście Parton skutkuje głosem, który jest podniesiony, lecz nie do końca jest wezwaniem, którym mógłby być.
W swojej współpracy z Paul McCartney i Ringo Starr dla "Let It Be", wznoszący się duch jest wyraźny. Jest elegancja w tym, jak uczuciowe infleksje Parton łączą się z szczerością oryginalnych Beatlesów. Niemniej, człowiek zostaje z tęsknotą za ostryms skrętem — nutą kamiennego przewrotu, którego Parton, McCartney i Starr są w stanie wykonać, gdyby interpretacje wykraczały poza ich strefy komfortu.
"Śniłem o Elvisie", z gościnnym udziałem Ronniego McDowella, wkracza na osobistą stronę z kapryśną oda dla Króla Rock 'n' Roll. Tutaj Parton splata swój głos z narracją ("I śniłem, że stałem obok Króla, moje serce bije tak głośno, że myślałem, iż umarłem"), wywołując uroczy odcinek historii muzycznej, który oddaje hołd w wielkim i zabawnym stylu. Jednakże wykonanie utworu nie wykorzystuje przemieniającej energii ery Elvisa, ujmując adorację bez iskry reinwencji.
Ann Wilson dołącza do Parton w "Magic Man,", piosence, która z wszelkich względów mogłaby być eksplozywnym spotkaniem dwóch supernowych muzycznych. Chociaż ich wokale nawigują po terenie z gracją, piosenka spoczywa bardziej jako uprzejmy hołd niż szalony hołd, który kanałuje prawdziwą ognistą esencję mistycznego serca, do którego piosenka nawiązuje.
Duch współpracy w rocku jest dobrze udokumentowany w "Rockstar", sformułowany przez skład gościnnych artystów, którzy są rockową arystokracją w swoich prawach. Pat Benatar, Joan Jett i Neil Giraldo przywożą swoją charakterystyczną energię, jednak zderzenie z stylem Parton, zakorzenionym w country, wydaje się ograniczone, a każda piosenka balansuje na granicy potencjalnej wielkości.
Kiedy "Rockstar" dochodzi do końca z "Free Bird," Lynyrd Skynyrd, człowiek oczekuje wzniesienia do proroczej wolności, którą piosenka reprezentuje. Wersja Parton jest śpiewana z klarownością i szacunkiem, jednak brud i poczucie niezwiązanej wolności są rozcieńczone w wersji, która wydaje się zbyt polerowana dla buntu, który mógłby wywołać.
Biorąc pod uwagę ogromny szacunek i entuzjazm, który Parton wnosi do "Rockstar,", przyznanie skromnej oceny 4,5 na 10 może się wydawać surowe. Ale album, chociaż wielki w skali i wysiłku współpracy, nie ujmuje zbuntowanego i hałaśliwego ducha rocka. Album często wydaje się jak aksamitnie wyłożony hołd, ograniczony przez swoje uszanowanie i ozdobiony niezaprzeczalnym urokiem Dolly — cechy, które chociaż ciepłe i przyjazne, są niezgodne z dzikim, wolnym i buntowniczym charakterem, który definiuje rock 'n' roll.
Ten album odbiega niewątpliwie od normy Parton, utwierdzając fakt, że jej talent nie zna granic. Jednak w jej wędrówce po terenie rockowym, człowiek oczekuje brudu i brudności pod błyskiem — surowości, która ginie w polerowanym "Rockstar". Wstrzymuje dzikość rocka w dobrze skomponowany, lecz poskromiony echo, pozostawiając posmak tęsknoty — za nieskrępowanym, pionierskim duchem Dolly Parton, który mógłby być w pełni uwolniony.